Czego nauczył mnie rok pracy zdalnej
Czego nauczył mnie rok pracy zdalnej

Czego nauczył mnie rok pracy zdalnej

Pamiętam początek marca 2020 r., pierwsze zarażenia koronawirusem w Polsce i moje przerażenie – wydawało mi się wtedy, że kiedy minę na ulicy kogoś chorującego na COVID-19 od razu zachoruję, padnę, zginę. Kiedy po kilku tygodniach podjęto decyzję o przejściu na pracę zdalną (byłam wtedy zatrudniona w urzędzie i uwierzcie mi, dla urzędów było to naprawdę wyzwaniem) kamień spadł mi z serca. Miałam ochotę zabunkrować się w domu i śpiewać „I will survive” przez kolejne dwa – trzy tygodnie. Bo tyle myślałam, że potrwa pandemia 😊

Rok później mam to szczęście, że mogę wspominać ten czas z lekkim uśmiechem – wirus do tej pory (odpukać) mnie nie dopadł. Nie borykam się też z problemami związanymi z zamknięciem biznesu. Mogę jednak powiedzieć, że te 12 miesięcy było dla mnie pod wieloma względami przełomowymi. Dlatego zebrałam dla Was lekcje, które wyciągnęłam z pracy zdalnej.   

1. O dobre wiadomości trzeba czasem zawalczyć.

Pierwsze miesiące pandemii spędziłam pracując zdalnie. Byłam wtedy zatrudniona w urzędzie i choć czułam wypalenie zawodowe już od jakiegoś czasu, na home office wszystkie obowiązki wydawały mi się jakby przyjemniejsze, nawet pomimo krążących pogłosek o redukcji etatów. Jednak po trzech miesiącach, w czerwcu, musiałam wrócić do biura. Zniechęcenie do pracy i poczucie bezsensu było dużo większe niż przed pandemią. Pewnie złożyły się na to także dojazdy do pracy i wstawanie do niej o 5:50, co po kilkunastu tygodniach w domu stało się jakby bardziej nonsensowne niż kiedyś.

Pomimo niepewnej sytuacji na rynku pracy w pierwszej połowie 2020 roku, postanowiłam za wszelką cenę poszukiwać nowego miejsca. Pamiętam, że jednego dnia potrafiłam wysłać CV do ponad 20 różnych miejsc z kilku różnych branż. Moim marzeniem od zawsze było pisanie, ale moja kręta droga zawodowa spowodowała, że już nawet sama w pewnym momencie zaczęłam wątpić, że może się to jeszcze udać. Chciałam tylko zmiany. Uznałam więc, że będę wysyłać CV wszędzie tam, gdzie spełniam przynajmniej 75% wymagań. O resztę pomartwię się później.

Odpowiedzi od potencjalnych pracodawców spływały w różnych odstępach czasu. W dodatku, proces rekrutacyjny był naprawdę trudny i wymagał wykonania kilku zadań. Mimo wszystko, mocno wierzyłam, że uda mi się i wkładałam w zadania kwalifikacyjne całe serce. I tak też się stało. Bez znajomości, bez idealnych kwalifikacji, za to z CV dopracowanym do granic, dużą dozą wiary i dobrym przygotowaniem do rozmów kwalifikacyjnych, zostałam nie tylko zatrudniona w nowym miejscu, ale także na umowę o pracę. A moim głównym zadaniem stało się… pisanie!

Morał z tego taki, że jeśli próbujesz – może się udać lub nie udać. Ale jeśli nie próbujesz – masz pewność, że się nie uda!

2. Trudne początki i magia MS Teams.

Nową pracę zaczęłam w momencie, gdy do Polski nadciągnęła druga fala pandemii. To sprawiło, że w biurze spędziłam całe dwa dni i… znowu przeszłam do pracy zdalnej. Miało to pewne podstawowe trudności – nie znałam wtedy nikogo, wchodziłam do organizacji zupełnie innej niż urząd, z totalnie nowymi zadaniami. Wiedziałam jednak, że nie mam wyboru – muszę sobie poradzić w tej sytuacji.

Co mi pomogło? Na pewno koledzy i koleżanki z pracy, którzy odpowiadali na setki zadawanych przeze mnie pytań. Bardzo pomocne były też codzienne calle zespołowe, nawet trwające kilkanaście minut i fakt, że zawsze rozmawiając włączamy kamery. To naprawdę daje namiastkę normalnego kontaktu i z pewnością zmusza do koncentracji na tym co mówią inni.

Ważne jest też dla mnie to, by „ogarniać się” rano tak, jakbym szła do pracy – no może trochę mniej 😉 Wiem, że gdybym przesiedziała cały dzień w piżamce, albo w wymiętym dresie, moja energia do działania byłaby na dużo niższym poziomie.

3. Jestem bardziej zdyscyplinowana niż myślałam.

To, że świetnie pracuje mi się z domu totalnie mnie zaskoczyło. Przez długi czas żyłam w przekonaniu, że absolutnie nie nadaję się do takich kwestii, jak home office czy bycie własnym szefem, bo bez nadzorcy pewnie przebumeluję cały dzień. Otóż – cytując klasyka – „nic bardziej mylnego!” lub też „tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”.

Bardzo szybko zauważyłam, że pracuję dużo efektywniej dlatego, że wreszcie mogę się skoncentrować na tym, co robię. Siedząc w kilka osób w pokoju wiecznie odrywałam się od zadań i rozwlekałam w czasie wykonywanie czynności. W domu jedynym rozpraszaczem jest telefon, który staram się odkładać daleko od biurka. Poza tym, w nowej pracy nie ma zmiłuj! Teksty same się nie napiszą, więc motywacja jest wciąż na wysokim poziomie. A to doprowadziło z kolei do kolejnego wniosku, który brzmi.

4. Mam zadatki na pracoholika.

Rozdzielanie pracy i życia prywatnego podczas pracy zdalnej jest dużo trudniejsze. Jestem osobą, która często angażuje się w to co robi całym sercem. Niestety równie często prowadzi to do szybkiej utraty zapału i wypalenia. Dlatego staram się samą siebie powstrzymywać od sprawdzania maila służbowego w weekendy, bo wiem, że zdrowy dystans jest bardzo ważny, żeby chęć do pracy trwała długo.

5. Nie jestem aż tak towarzyska, jak sądziłam, że jestem.

To materiał na osobny tekst, a nawet na całe badanie socjologiczne, bo jestem pewna, że nie tylko ja doszłam do takiego wniosku. Od czasów nastoletnich wydawało mi się, że moją pierwszorzędną potrzebą jest bycie wśród ludzi. Spotkania ze znajomymi zabierały mi przez lata każdą wolną chwilę. Nawet, gdy tak naprawdę miałam ochotę poczytać książkę czy obejrzeć film, wychodziła, bo inaczej odczuwałam wieczny ‘fear of missing out’.

Pandemia zmusiła mnie do bycia sama ze sobą i naprawdę polubiłam to! Choć czas spędzony z innymi ludźmi jest nadal bardzo cenny, to zrozumiałam jak wiele wartościowych rzeczy jestem w stanie zrobić sama.

6. Drobne przyjemności mają naprawdę ogromne znaczenie.

Jedna z podstawowych rzeczy, których będzie mi brakowało po powrocie do pracy biurowej, to kupowanie codziennie rano świeżego pieczywa i wędlinki. Na pewno nie będę też odżywiać się tak porządnie, bo wiadomo, że podczas standardowych poranków niweluje się wszystkie czynności życiowe do niezbędnych, na korzyść poleżenia „jeszcze tylko 5 minut”. Te obecne niespieszne poranki są dla mnie jak złoto i mam wrażenie, że napełniają mnie spokojem na resztę dnia.   

Z drugiej jednak strony brak dojazdów do pracy ma dwa poważne mankamenty – brakuje mi ruchu i czasu, który wykorzystywałam na słuchanie podcastów. Co do aktywności, to odkryłam, że – szczególnie zimą – pracując z domu ciężko jest zrobić w ciągu dnia te minimum 8000 kroków. Jadąc do pracy i wracając z niej komunikacją miejską zazwyczaj wysiadałam przystanek lub dwa przystanki wcześniej, żeby zrobić sobie dłuższy spacer, a i w samym biurze trochę chodziłam. Teraz brak mojej ulubionej aktywności, czyli właśnie chodzenia, staram się rekompensować treningami online z moją ulubioną Julką z Move4Fit.

Jaki z tego wszystkiego płynie morał? Wszystko, także praca z domu, ma swoje cienie i blaski. Z pewnością jest zdecydowanie trudniejsza, gdy w domu jednocześnie zdalnie uczą się pociechy. Jakie są Wasze doświadczenia z home office? Czy sądzicie, że zostanie z nami na stałe? A może przez całą pandemię pracowaliście z siedziby firmy? Dajcie znać! 🙂

ściskam,
Agata

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *